sobota, 18 stycznia 2014

Hunger

Larry Stylinson
Hunger

   Stałem przed lustrem patrząc na swoje zniekształcone odbicie. Wystające kości zmieniły się w fałdy tłuszczu, bezbronny chłopiec stał się mężczyzną z nadwagą, a piękne, zielone oczy przygasły. Od tej osoby dzieliła mnie bardzo cienka linia, a mianowicie tafla lustra.
   Zawsze, gdy miałem ochotę sięgnąć po makaron lub pieczywo, głos w mojej głowie szeptał:
,, Ej, Kochanie, nie tak się umawialiśmy. Jak mam Ci pomóc, skoro cały czas się objadasz? Przestań natychmiast, gruba świnio!"
   I właśnie przez to zacząłem wyrzucać jedzenie. Mimowolnie mój żołądek przez częsty brak pożywienia się skurczył. Wystarczyło mi do skonsumowania jedno jabłko dziennie, wystarczało... aby przeżyć.  Nie będę wspominał o chwilach słabości ani o tym ile schudłem, nie ma to takiego znaczenia. Przez tą historię chciałem raczej pokazać, jak miłość może walczyć z "czarną stroną". 
   Podwinąłem bluzkę na wysokość żeber i krytycznie patrzyłem na swoją sylwetkę. Wciąż nie osiągnąłem celu. Zrezygnowany opuściłem materiał i powolnym krokiem skierowałem się w stronę drzwi. Wyszedłem z mieszkania, szedłem w kierunku sklepu spożywczego, który ukazał się tuż za rogiem. 
   Kiedy mijałem kolejne regały czułem na sobie pogardliwe spojrzenia, wręcz wypalały w moich plecach dziurę. Tak na prawdę to nawet nie zdaję sobie sprawy, co jest prawdą, a co wymysłem mojej chorej wyobraźni. Nie umiem zaufać sobie, co dopiero innym ludziom. Oni nie rozumieją, jak to jest budzić się ze świadomością, że wszyscy cię nienawidą. Każdy dzień to dla ciebie tylko udręka, od której nigdy nie uciekniesz. Pamiętaj, oni nawet się nie starają dowiedzieć o twoich lękach.
   W moim życiu spotkałem tylko jedną osobę, która na prawdę się o mnie bała, troszczyła, ale i tu jest haczyk. Jestem dla Tomlinsona tylko zmartwieniem, wiem, że mnie kocha, ale jednocześnie ma ze mną więcej problemów, niż jest gwiazd na niebie. Jaka ironia...Kochałem go jak głupi i to mnie trzymało przy życiu.
   Po zakupieniu sałaty, ogórków kiszonych i pomidorów wyszedłem z budynku. Ludzie zdawali się być nadzwyczaj spokojni, a ja sam przez to zacząłem wariować. Wyjąłem telefon z kieszeni i wybrałem pierwszy kontakt z listy. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci, czwarty... poczta głosowa. 
   Poczułem okropny ból w klatce piersiowej, który nasilał się pod wpływem samotności i bezradności. Ledwo, co dodźwigałem torebki do domu, brakło mi sił. Nawet nie zdjąłem kurtki, zatrzasnąłem drzwi i automatycznie oparłem się o nie, moja dłoń zakryła usta, a z oczu popłynęły łzy. Spływały w dół, po moich policzkach. Wszystkie uczucia się kumulowały, byłem tu niepotrzebny. 
   Otarłem łzy i prawą dłonią wyjąłem komórkę z dżinsów. 
- Lou? - powiedziałem przesadnie spokojnym, ale drżącym głosem.
- Harry, przepraszam, skarbie, nie mogę rozmawiać. Jestem w pracy - rozłączył się nie czekając na odpowiedź.
-Czemu cię tu nie ma? - powiedziałem głucho w przestrzeń i rzuciłem telefonem o ścianę. 
   Czemu, gdy wszystko idzie źle, to zawsze jestem sam? Pytam się, czemu? Los chyba lubi się na mnie wyżywać. 
-Nigdy więcej - wyszeptałem i ruszyłem w stronę sypialni. Mojej i Louis'a.
   Z szafki, która mieściła siępod oknem wyjąłem gładką kartkę papieru oraz długopis. Nie powstrzymując płaczu usiadłem na ziemi i zacząłem pisać list. List do miłości mojego życia. Przez łzy obraz miałem zniekształcony, ale to nie ważne. Zgiąłem papier w pół i narysowałem tam koślawe serduszko z dopiskiem "Zawsze Twój". Otarłem twarz i poczułem ulgę. Czułem się spokojny, przestałem płakać i powoli wyjąłem z kieszeni żyletkę, która zawsze tam była "tak na wszelki wypadek".
   Zdjąłem z niej papier i naciąłem swoją skórę zdecydowanym ruchem. Po tym automatycznie nie patrząc na ból ciąłem się na oślep. Tym sposobem z moich nadgarstków zaczęła spływać krew. Jednak to nie wystarczyło, zdjąłem bluzkę i spodnie, po czym kontynuowałem. zadawanie sobie bólu. 
   Kiedy cały mój brzuch, uda, dłonie zostały pokryte w szczypiących ranach dopiero wtedy poczułem, że cel zostaje powoli osiągnięty. Krew spływała po moim ciele przy okazji kapiąc na jasną, drewnianą podłogę. 
   Uniosłem dłoń do jedynego "nieskazitelnego" miejsca, i już tam miałem zanurzyć ostrze, lecz u drzwi pojawił się On. Stanął sztywno, a później widziałem, jak ogarnia go panika i gdzieś dzwoni. Byłem jeszcze przytomny. Uklęknął przy mnie i wziął mnie w ramiona, po chwili po moich ramionach spływały ciepłe łzy.
-Czemu? - załkał.
-Lou...- czułem się, jakbym był pod wpływem narkotyków, obraz mi się zlewał. 
-Hazz, patrz na mnie, błagam! Prosto w moje oczy, no dawaj! Nie pozwolę ci odejść, pogotowie zaraz będzie.
   Sam nie rozumiałem jak pogotowie mogłoby mi pomóc, ale skinąłem ciężko głową i położyłem ją na obojczyku swojego chłopaka, byłem w jego ramionach, mogłem w tej chwili umrzeć. 
***
- Zgon nastąpił 14 stycznia o godzinie 17.09 - powiedział lekarz do pielęgniarki, która pospiesznie zapisała tą informację, a powietrze przeciął bolesny, przerażony krzyk chłopaka, który właśnie stracił połowę swojego serca.

sobota, 4 stycznia 2014

Nightingale

Larry Stylinson
Nightingale

   Leżałem w łóżku przewracając się co chwila z boku na bok. Nerwowo zerkałem na zegarek, mijały już godziny. Nie mogłem zebrać swoich myśli, rozbiegały się po mojej głowie nie dając mi chwili spoczynku. Starałem się nie otwierać oczu aby w końcu usnąć, ale efekt był wręcz odwrotny. Przekręciłem się na plecy i patrzyłem na sufit. W ciemności widać jak po ścianach wędrują i migoczą cienie. W pomieszczeniu robiło się coraz goręcej. Wstałem i otworzyłem okno na chwilę przystając przy parapecie. 
"I can't sleep tonight, wide awake and so confused"
   Mimowolnie przypomniałem sobie parę momentów z mojego życia.

   Wychodziliśmy wtedy ze studia, on musiał zostać na chwilę dłużej. Menadżerowie mieli mu coś ważnego do powiedzenia. Wtedy powoli wszystko zaczęło się walić. Stałem przed budynkiem i czekałem na niego. Nagle poczułem, jak ktoś mocno wtula się w moje plecy. Jego dłonie splotły się na moim brzuchu. Drżał. Teraz wiem, jak cholernie musiał się bać mojej reakcji. Nie powiedział żadnego słowa w drodze do domu, trzymał mocno moją dłoń i tępo patrzył przed siebie. Ja natomiast byłem zdezorientowany. 
W mieszkaniu złapał mnie za ramiona, przyciągnął tak, żebym stał przed nim. Czułem jego nierówny oddech na mojej szyi, a po jego policzkach popłynęły łzy.
- Lou, co się stało? Kochanie, nie płacz - starłem kciukiem jego łzy i patrzyłem mu głęboko w oczy. 
- Harry... - wtulił się ufnie w moje ciało, a ja nadal nie wiedziałem, nawet się nie domyślałem, co mogło go tak zdruzgotać.
   Nic nie mówiłem, widok tak zrozpaczonego Louisa rozdzierał moje serce na pół, miażdżył, a ostatecznie doszczętnie spalał. 
- Oni powiedzieli... Hazz, oni ... Eleanor... Nie możemy się publicznie razem pokazywać - wyszeptał w moją bluzę.
- Powoli. Loueh, jaka Eleanor? Dlaczego tak mówisz? - głaskałem go po plecach.
   Starszy chłopak przestał się trząść, otarł łzy i przytulił się ponownie.
- Jutro oficjalnie z Eleanor będziemy parą, jeżeli nie podporządkujemy się zasadom kontraktu, to najbardziej ucierpią na tym nasi przyjaciele. Nie możemy im tego zrobić - gdy chłopak zobaczył, że momentalnie wypuszczam go z objęć, a moje ciało sztywnieje, dodał - Kochanie, kocham cię i zawsze będę, ale to jest ten moment kiedy muszę spakować swoje rzeczy i się wynieść. Będę o ciebie walczył, a na tą chwilę możemy...
- Louis, nie możemy. Wiem, że to nie jest twoja decyzja, tym bardziej wina, ale pamiętaj, nie dam rady być tylko twoim przyjacielem - przerwałem mu czując się, jakbym był zdradzony - W takim razie idź, spakuj się i wyjdź.
   Odwróciłem się ukrywając moje zaszklone oczy. Nie chciałem go widzieć w takim stanie ani żeby on na mnie patrzył, jak cierpię. Tu nie ma jego winy, a ja zareagowałem może zbyt impulsywnie, ale za bardzo go kocham, żeby tylko się z nim przyjaźnić. Ja też będę czekał i walczył o niego, ale nie wiadomo, jak długo to będzie trwać.Powolnym krokiem skierowałem się do łazienki, w której po chwili się zamknąłem i dałem upust łzom i złym emocjom. Słyszałem, jak Louis przeszedł do naszej byłej wspólnej sypialni szlochając i po chwili już słyszałem odgłosy spadania rzeczy z wieszaków.

   Teraz już powoli zacząłem się przyzwyczajać do samotności, na koncertach staliśmy po dwóch rożnych stronach, wydawało się, że Louis się poddał, ale teraz jestem już w stanie, kiedy wszystko dla mnie jest obojętne.
"Everything's in line, but I am bruised"
   Kolejne wydarzenia przedarły się przez mój umysł przypominając o sobie.

   Był to tydzień po naszej rozłące, zupełnie sobie nie radziłem.
W złości założyłem jakąś kurtkę i buty, wziąłem butelkę jakiegoś pierwszego lepszego alkoholu. Upiłem parę łyków, zapiekło mnie gardło i przełyk, ale wziąłem kolejne, i kolejne, i kolejne, aż szkło zostało całkowicie opustoszałe. Upuściłem je na podłogę nie patrząc czy się rozbije. Wyszedłem z mieszkania, nie zamknąłem drzwi. Nie obchodziło mnie to, kiedy jego nie ma obok, moje życie traci sens. Szedłem przed siebie czując jak powoli zaczynam się łamać. Miałem ochotę teraz do niego pobiec i wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo nienawidzę go za to, że go nie ma kiedy go na prawdę potrzebuję, a na końcu w desperacji bym mu wyznawał miłość całą noc. 
   Nie mogłem, on nie mógł, oboje nie mogliśmy. To była zakazana miłość. Zaślepiony światłami samochodów wlokłem się mijając jakiś park. "Wędrowałem" jeszcze chwilę, a moim oczom ukazał się lekko rozmazany las, tu świateł nie było. Po lekkim zawahaniu szedłem przed siebie. Z dala, mimo mojego stanu, zauważyłem jakąś parę idącą za rękę śmiejąc się nawzajem ze swoich przesłodzonych komplementów. Ich głosy wydawały mi się znajome.Przyspieszyłem, zacząłem biec, chciałem ich dogonić i zacząć robić im wyrzuty za niewinność. Kiedy stopniowo się do nich przybliżałem zauważyłem coś, co mną wstrząsnęło. Moje nogi zamarły, stanąłem podnosząc dłoń do ust. To był Louis z Eleanor. Byłem na tyle blisko bo poczuć ich zmieszane perfumy, ale nie mogłem zrobić nic. 
   Powiedział, obiecał, że będzie o mnie walczyć. Chłopak ujął twarz dziewczyny i ją delikatnie pocałował. Nigdy nic bardziej mnie nie zabolało. Obserwowałem jego ruchy, nagle Lou odwrócił twarz w moim kierunku i zniknął. Tak jak sen, duch czy cokolwiek innego, a ja nadal nie zdolny do żadnego ruchu patrzyłem w przytłaczającą pustkę przed siebie. 
   Ogarnęła mnie fala bólu, rozczarowania i zagubienia. Upadłem na kolana i zacząłem szlochać. Tak bardzo mi go brakowało.
- Pomóż mi, debilu! Obiecałeś, że będziesz walczyć, a teraz mnie zostawiłeś! Nie widzisz, że cię potrzebuję? Nienawidzę cię, ale mnie nie opuszczaj! Zabierz mnie do domu! - wykrzyczałem, mój głos rozchodził się echem po lesie.

   Usiadłem na łóżku i zacząłem dużo rozmyślać.
   "I need a voice to echo, I need a light to take me home,
    I kinda need a hero, is it you? 
    I never see the forest for the trees,
    I could really use your melody,
    Baby, I'm a little blind, I think it's time for you... to find me...

   Zdałem sobie sprawę, że świadomość, iż się przyzwyczaiłem do braku Louisa, to tylko iluzja. W głębi czuję się okropnie, wytarty i wyblakły.
   Podszedłem do szafy i wyciągnąłem białą bluzkę, którą następnie założyłem i do tego jakieś czarne spodnie i trampki. W łazience się odświeżyłem i wyszedłem z domu, zamykając go na klucz. Na zewnątrz było ciepło, pójdę pieszo.
   Zbytnio nie miałem pojęcia, co właśnie robię, gdzie idę, co chcę zrobić. Prowadziło mnie serce, nie umysł. Było już po drugiej, na ulicach nie było nikogo, w oknach światła pogaszone, wydawać się mogło, że miasto jest opuszczone.
   Szedłem ponad piętnaście minut, stanąłem pod drzwiami nowego mieszkania Tomlinsona. Zadzwoniłem do dzwonka i czekałem. Myślałem, że stałem tam wieki, zanim mi otworzył.
   Zaspany uchylił drzwi, ale gdy jego oczy napotkały moje otworzyły się szeroko. Staliśmy tak bez słowa napawając się swoim widokiem. Wyglądał idealnie.
- Mogę wejść? - wyszeptałem, a on w odpowiedzi kiwnął głową.
   Nie rozmawialiśmy ze sobą od dobrych dwóch miesięcy. Teraz wszedłem do jego mieszkania, lecz tak jak w dzień, kiedy się rozstaliśmy, gdy pociągnął mnie za ramiona i przytulił, ja zrobiłem to samo teraz. Nie opierał się, wręcz objął mnie ciasno w talii i tak właśnie staliśmy. Zakochani, nie widzący świata poza sobą.
- Czy zostaniesz mój na zawsze? - zapytałem drżącym głosem bojąc się odpowiedzi.
- Zawsze byłem, Harry. I zawsze będę. - spojrzał na mnie szklanymi oczami, a ja złączyłem nasze usta w pocałunku i postanowiłem, że nigdy już nie dam mu odejść.

   "Can you be my nightingale?
    Sing to me, I know you're there
   (...) Say you'll be my nightingale"